środa

Kafka w Oslo

Gdy Gregor Samsa obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w potwornego robaka. Leżał na grzbiecie twardym jak pancerz, a kiedy uniósł nieco głowę, widział swój sklepiony, brązowy, podzielony sztywnymi łukami brzuch, na którym ledwo mogła utrzymać się całkiem już ześlizgująca się kołdra. Liczne, w porównaniu z dawnymi rozmiarami, żałośnie cienkie nogi migały mu bezradnie przed oczami. Co się ze mną stało? – myślał. To nie był sen.  Uczucie niezależnej od nas zmiany wyczuwalnej tuż po przebudzeniu, kiedy staramy się ustalić czy to jawa czy to sen, kojarzy mi się z twórczością Kafki już od liceum. Plastyczny, trzecioosobowy opis rozpoczynający "Przemianę" był dla mnie zawsze na tyle sugestywny, że powodował cierpniecie skóry na karku. Dlatego też bardzo ciekawiła mnie norweska wersja spektaklu, która swoją premierę miała 14. stycznia na deskach National Theatret. Reżyserem "Forvandlingen" i jednocześnie aktorem odgrywającym główną postać jest Gísli Örn Gardarsson. Norweg, które swoje wykształcenie aktorskie zdobył w Rejkiawiku i po 11-letnim pobycie zagranicą (w tym w Wielkiej Brytanii, gdzie został przyjacielem Nicka Cave'a o czym drobiazgowo donosi norweska prasa) wrócił kilka miesięcy temu do Norwegii. Kupiłam bilety przez internet i udałam się do Oslo. Skorzystałam z wersji biletu studenckiego, choć w Norwegii, podobnie jak i w Polsce, funkcjonuje instytucja wejściówki. Gdy zgłosimy się po bilety na ok. 2 godziny przed rozpoczęciem spektaklu i jest szansa, że dostaniemy go w promocyjnej cenie tj. ok. 100 kr (ok. 70 zł).

Przedstawienie grane jest na dużej scenie National Theatre i wykorzystuje jej tradycyjny pudełkowy charakter. Scena stanowi przekrój domu, w którym mieszka Gregor razem z rodziną. Na dole oni, na górze on. Parter odtworzony jest z realistyczną dbałością o wszelkie szczegóły: dywany, obrazki na ścianie, wieszak na ubrania, pokój Gregora przełamuje ten mieszczański styl. Łóżko, krzesła i stół są przymocowane pionowo do ściany, tak więc dają złudzenie widzowi, że patrzy na pokój z góry i  z tej pozycji obserwuje szamoczącego się w nim Gregora. 
Sposób poruszania się głównego bohatera ma przypominać poruszanie się robaka po ścianie, czyli taki który z pozoru przeczy prawom grawitacji, a od aktora wymaga wykorzystania technik wspinaczkowych. Istotnie na początku jest to zabieg efektowny i siedząc bezpiecznie na widowni widz zastanawia się "jak on to robi?". Gdy Gregor-robak musi zejść po schodach wykorzystując tylko ich poręcze, ześlizguje się delikatnie z jednej z nich i widać, że dla aktora ta fizyczna ekwilibrystyka też nie jest sytuacją naturalną, podobnie zresztą jak dla głównej postaci bycie robakiem. Trudne? Trudne, ale poprzez cały ten cyrkowy popis i sposób gry pozostałych aktorów, ciągle au-face do publiczności, ze zwrotem twarzy do widowni po każdej wypowiedzi, sprawił że z potwornie smutnego Kafki opisującego niemożność funkcjonowanie jednostki poza systemem, zrobiono farsę. Wszystkie dialogi potraktowano bardzo dosłownie i powierzchownie. A przecież współczesna Norwegia jak najbardziej zmaga się z problemami społecznymi, o których pisze czeski pisarz. Z jednej strony wypalenie zawodowe i najwyższy  wskaźnik depresji w Europie, a z drugiej nowoczesne, konsumpcjonistyczne społeczeństwo będące aktualnie w fazie rozkwitu klasy middle-age narzucającej nowe standardy życia, którym daleko do duchowości i w którym niedostosowanej jednostce pozostaje samotne życie w norweskiej hytte ukrytej gdzieś głęboko w pasmie gór Rondane. Ale w norweskim Kafce nie ma współczesnej Norwegii. Jest tylko siostra z pejczem w garniturze, która terroryzuje umierającego z głodu Gregora-robaka i biegający dookoła stołu rodzice, który patrzą na syna z wyrazem przerysowanego obrzydzenia na twarzach. A na koniec publiczność wiwatuje na stojąco. Czyżbym przeniosła się do warszawskiego teatru Kwadrat?

Gdy pełna rozczarowania wyszłam z sali szybko pogubiłam się w wijących korytarzach i wiedziona instynktem nacisnęłam klamkę, który pojawiła się niespodziewanie przede mną. Trafiałam do mikroskopijnego pokoiku zbudowanego na schodach, ograniczonego od góry skosami jak na strychu, zawalonymi scenopisami sztuk, norweskimi wydaniami Szekspira i starą drukarką w kącie. Składzik na papiery, czy może zapomniany magazyn National Theatret? Spędziłam tam kilka dobrych minut i do dziś nie wiem, ale przypomniało mi to, że za tym co widzimy na scenie oprócz aktorów, reżysera, świateł i scenografii stoją też zmagania autora tekstu z białą kartką.


więcej o przedstawieniu po norwesku możecie znaleźć na przykład tutaj:
http://oslopuls.aftenposten.no/kunst_scene/article662779.ece
a użyte przeze mnie zdjęcie pochodzi ze strony:
http://www.nationaltheatret.no/Nationaltheateret/Presserom/PRESSEBILDER/A-F/

Rodzinna Europa

Ten post nie będzie o Norwegii, ale tym co widać z dystansu, gdy nasze oko oraz ucho uzyskują niespotykaną wrażliwość pozbawioną niemego przyzwolenia na rutynę codzienności. Gdy po kilku miesiącach nieobecności, wracamy do świata, który zostawiliśmy.  Nie ma większego znaczenia skąd wracamy. Z Norwegii, Indii czy jak Kuba Dąbrowski, na którego zdjęcia i krótki komentarz natknęłam się w Tygodniku Powszechnym, z Włoch. Ważne, że byliśmy poza dostatecznie długo, aby po powrocie widzieć inaczej.

Korale Karola
Tym razem podróż do Polski trwała prawie cztery dni i poprzedziła ją wędrówka przez Estonię, Łotwę i odwiedziny na Litwie. Za każdym razem oko przyzwyczajone do jednokolorowych (głównie białe, czerwone i żółte, rzadziej granatowe), zadbanych, norweskich domów boleśnie odczuwa pierwsze, po-sowieckie łotewskie bądź litewskie, blokowiska. Ziejące pustką konstrukcje na dawno nie istniejące reklamy, brak toalet na stacjach benzynowych, szarość i wszechobecną wilgoć. Coś się popsuło, rozpadło i nikt nie ma czasu i ochoty tego uprzątnąć. Być może w Norwegii istnieje coś, czego jeszcze nie odkryłam, a mianowicie olbrzymie śmieciowiska na nikomu nie potrzebny rozregulowany kaloryfer, drabinę z powyłamywanymi szczeblami, stół bez nóg oraz korale kupione przez króla Karola, których królowa Karolina nie chciała. Po naszej stronie Bałtyku wszystkie te rzeczy zebrane w oddzielne kupki spoczywają latami pod oknami nie remontowanych domów. Bo przecież mogą się w przyszłości do czegoś przydać.

Litewskie duchy
23-osobowa Wigilia, na której spośród 8 Rosjan z Republiki Czuwaskiej i reszty Litwinów byłam jedyną Polką pokazała jak bardzo, pomimo bliskiego sąsiedztwa, się różnimy. W przypadku wigilijnych tradycji nie jest to trudne, bo przecież  wystarczy odwiedzić sąsiada z mieszkania obok, a okaże się, że święta nie kojarzą mu się z kluskami z makiem, ale z zupą grzybową. Na Litwie (południowo-zachodnia część) wszystkie potrawy wigilijne przygotowuje się na zimno łącznie z zupą z maku (bez klusek) oraz pszenicą z miodem. Brak karpia, pierogów i barszczu z uszkami, łamanie się opłatkiem bez składania życzeń i kompot z suszu bez wędzonych śliwek próbowałam zrekompensować pasterką. Po odwiedzeniu trzech okolicznych, katolickich kościołów, okazało się, że nie ma na to szans. Na Litwie o północy było już dawno po pasterce, która zaczyna się tam o dziewiątej wieczór. Odkryłam to dopiero następnego dnia podczas wspólnego śniadania, na którym królowały cepeliny, czyli litewskie kołduny (rodzaj pyz z mięsem obficie polewanych tłuszczem i śmietaną) oraz jedzenie z wieczornej Wigilii. Litwini nie sprzątają stołu po wigilijnej kolacji wierząc, że błąkające się po świecie duchy, też zapewne chcą się posilić w tę szczególną noc. Mam nadzieje, że duchy skorzystały, bo ja  do pociągu wsiadłam z pustym żołądkiem.

Z Kazachstanu do Berlina
Jedyną możliwością, aby drogą kolejową przedostać się z Litwy do Polski jest pociąg na trasie Vilnus-Sestokai-Warszawa. Wsiadłam w Sestokai i okazało się, że jestem drugą w kolejności pasażerką tego pociągu. Szybko odnalazł mnie pasażer numer jeden i zaproponował (po rosyjsku) wspólną podróż. Sergiej okazał się Kazachem od 15. lat mieszkającym w Berlinie. Trasa Sestokai-Warszawa to około pięciogodzinna podróż, którą Sergiej rozpoczął opowieścią o swoich przygodach kierowcy tira. Zaczął od słów, że najważniejszy w życiu jest seks, ja jestem młoda to nic nie wiem, a on stary, doświadczony i nie może się mylić. Potem opowiadał o Ukrainkach i Francuzkach, przeplatając opowieści maksymą, że powinnam tak żyć, aby niczego nie żałować. Opowiadał też o tym, jak zawsze wysiadając na stacji Berlin Hauptbahnhof, spina się w środku, w obawie, że jeśli zapyta go ktoś o drogę nie będzie wiedział jak odpowiedzieć. Nie ma talentu do języków i niemiecki ciągle jest dla niego problemem. Także o tym jak chętnie wyjeżdża w każdą trasę, bo w Berlinie podzielonym według niego na część Arabską, Żydowską i Azjatycką ciągle nie ma swojego miejsca. Szczególnie lubi trasy na wschód, najbardziej nad jezioro Bajkał. Pokazał mi fotografie okrętów w komórce, a potem swojej żony i córki. Opowiadał jak bardzo chciałby wrócić do Kazachstanu i o tym, jak bardzo przez najbliższe lata to niemożliwe. Może jego żona też to wie i dlatego czasami tak wyje z tęsknoty? Jadą wtedy na kilka godzin do Polski, na bazar, gdzie mogą porozmawiać w swoim języku, potargować się i poczuć atmosferę wschodu. Zapytał, czy mam jakiś koniaczek, bo ona zapomniał, a zawsze ze sobą wozi. Koniaczku nie miałam, więc Sergiej złapał się za portfel i wyszedł z przedziału w poszukiwaniu konduktora, któremu chciał dać łapówkę w zamian za możliwość palenia w pociągu. Zasugerowałam, że może nie ma potrzeby, na co on, że to zawsze działa i lepiej od razu się ustawić. Po wyjściu z pociągu pomyślałam wtedy, że muszę szybko zanotować co mam zrobić, aby za 20 lat faktycznie jak najmniej żałować.

Potop szwedzki
Warszawa, oprócz wiosny w grudniu, rozkopanej Targowej i braku anglojęzycznych wersji Hebanu Kapuścińskiego w Trafficu, którą chciałam sprezentować mojemu norweskiemu koledze z Etiopii, powitała mnie zalewem języka potocznego, pełnego skrótów myślowych, kolokwializmów, bogatego w związki frazeologiczne i rozbrykane słowotwórstwo. Możliwość bez wysiłkowego rozumienia toczących się dokoła rozmów, komentarzy i dyskusji, przez pierwsze godziny pobytu wśród ojczystego języka zamienia się w pasjonującą przygodę. Raz nawet spowodowała moje bezwolne podążanie za parą dyskutującą o meczu obejrzanym w telewizji, przy czym najciekawsze było zainteresowanie dziewczyny, która o piłce nożnej najwyraźniej nie miała pojęcia, ale sprawiała wręcz odwrotne wrażenie. A wizualizacje króla Jana Kazimierza, które pojawiły mi się przed oczami wywołane przez stwierdzenie "to jest przecież przedpotopowe" zapewniły mi stan wesołego rozbawienia na kilka następnych godzin. Byłam w domu.

Rotten fish

I stało się. Kilka dni temu spadł pierwszy śnieg i zapewne zostanie już aż do wiosny. Teraz codziennie tylko dosypuje. Na rowerze jeździ się ciężko, trzeba mieć specjalne opony na zimę wyposażone w kolce. A wszystko to dlatego, że Norwedzy praktycznie nie używają soli , przynajmniej w tym regionie, w którym jestem. Owszem odgarniają śnieg, ale zamiast go rozpuszczać sypią tylko czarny żwirek. Dlatego też żegnaj plucho! Nie używanie soli można oczywiście tłumaczyć dalekowzrocznym, proekologicznym myśleniem. Inny argument to specyfika regionu, w którym jestem, a mianowicie bardzo niskie temperatury  w zimie, często poniżej -10 lub - 15 powodujące, że sól tracie swoje właściwości i po prostu nie działa. Przerażające... Brak soli na chodnikach i ulicach generuje kolejne potrzeby a mianowicie specjalne nakładki na obuwie z kolcami uniemożliwiające poślizgi tzw. piggdekk oraz... sparki. Słowo pochodzi z norweskiego sparken, a polskie tłumaczenie odnalazłam w "Jublu" Christensena, którego właśnie pochłaniam. Sparki to rodzaj sanek z kierownicą, które są tutaj bardzo powszechne, a wystarczy znaleźć odpowiednie podłoże śniegowo-lodowe i odpychając się raz jedną nogą, raz drugą bez większych oporów, wykorzystując warunki naturalne, korzystać z zimy. Mówi się, że człowiek jest w stanie przystosować się do wszystkiego i to w jaki sposób Norwedzy wykorzystują sroga zimę jest jednym z doskonałych tego przykładów. Wszędzie wokół już oczywiście Święta. Różnią się od polskich, królują mikołaje, skrzaty i trolle, niestety pozbawione swojej mroczności i zretuszowane Disnejowską unifikacją. Lampki choinkowe w jednym kolorze oraz gave kort, czyli tzw. kupon na konkretną kwotę, który można zrealizować w sklepie lub restauracji. Norweskie Jul to dużo tradycyjnych potraw. Wzbudzające torsję swoim zapachem i chyba najbardziej kojarzone z norweskimi  Bożym Narodzeniem, czyli lutefisk i råtten fisk, je się dopiero w drugi dzień Świąt. W Wigilie królują żeberka czyli ribbe lub suszona i wędzona wieprzowina pinnekjott gotowana około 3 godzin w specjalnym sosie. Jednym słowem mięso i opłatka brak, ale niewątpliwe norweskie święta też mają  swój własny charakter, trzeba tylko przymrużyć nieco oko i zobaczyć co kryje się w cieniu świątecznej, sklepowej wystawy...




story Hamar

Użyteczność przestrzeni publicznej dla norweskiej społeczności jest zagadnieniem trwale dyskutowanym przez osoby świeżo przybywające do Norwegii. Pierwsze wrażenie pustki i braku ludzi na ulicach zaciera się po kilku tygodniach przebywania na północy. Jednak, gdzieś w kąciku oka tęsknota za aktywnymi wieczorami "na zewnątrz" pozostaje. Wokół tego tematu skupiły się też jedne z warsztatów organizowanych przez hiszpańskich architektów (grupa ecosystema urbano) towarzyszących projektowi  "Dream Hamar" realizowanych w mieście, w którym akurat przebywam. Architekci wygrali konkurs na przebudowę głównego skweru w Hamar i pierwszą część projektu postanowi poświęcić na cztero miesięczne warsztaty z mieszkańcami. W ich trakcie poruszyli różnorodne aspekty funkcjonowania skweru "dla" i "w" społeczności. Celem było zebranie inspiracji i wskazówek do dalszych prac projektowych. Jednym z problemów poruszanych na warsztatach była obecność na placu ludzi w różnym wieku, często też z różnych krajów i określenie ich relacji i potrzeb w przestrzeni. Podczas trzy godzinnych warsztatów okazało się, że historia skweru jest nieco zapomniana, podobnie zresztą jak historia całego miasteczka. Przyjezdny nie wiele dowie
się o przeszłości Hamar ze znaków w przestrzeni. Najłatwiej zauważalnym jest olbrzymi głaz usytuowany nad brzegiem jeziora, na którym to zaznaczono poziom wody podczas kolejnych powodzi. Reszta jest nieco enigmatycznym zbiorek postaci mniej lub bardziej ważnych dla miasta (głównie popiersia) oraz różnorodnych zwierząt. W porównaniu z tym co możemy odnaleźć na ulicach polskich miast, a w szczególności Warszawy, jest to dość zasadnicza odmiana. Właśnie jedne z moich pierwsze wniosków z pobytu tutaj były takie, że Norwegia to kraj bez historii, w którym pomniki stawia się prosiętom. Oczywiście ta sroga krytyka okazały się błędna, bowiem wszystko to co widzimy w przestrzeni publicznej jest odzwierciedleniem procesów zachodzących w społeczności. Norwegia ma po prostu inną przeszłość, mniej burzliwą, krwawą i mniej tragiczną. Pomogły mi to uświadomić warsztaty wokół historii miasta "Story Hamar", które umożliwiono mi zorganizować. Odbyły się one na początku grudnia. Oczywiście tłumów nie było, ale Ci, którzy przyszli pracowali dzielnie na odkrywaniu swojej historii prywatnej w kontekście miasta. Okazało się na przykład, że duża ilość pomników stawianych zwierzętom hodowlanym wynika z przeszłości tego regionu. Bardzo rolniczego, głównie trudniącego się uprawą świń, a w samo Hamar słynęło z targu zwierząt odbywającego się kilka razy w miesiącu.

piątek

Centrum świata

Kilka dni temu odkryłam, że w języku norweskim istnieje specjalne słowo określające wszystkie miejsca, w których możemy w przestrzeni publicznej spotkać się ze znajomymi, odpocząć, takie jak: pub, kawiarnia czy dyskoteka. Wszystko to nazywa się "et utested", czyli w wolnym tłumaczeniu "miejsce na zewnątrz". Istnienie tego określenia wskazuje jak istotną, centralną pozycje w strukturze norweskiego pojmowania świata zajmuje miejsce "wewnątrz", czyli dom. To w stosunku do niego cała reszta miejsc publicznych jest nazwana jednym słowem. Oczywiście wiele się zmieniło w ciągu ostatnich lat i Norwedzy coraz częściej i chętniej wychodzą na zewnątrz, ale pierwotne sposoby rozumienia świata bardzo często możemy odczytać właśnie z konstrukcji językowych. Domy norweskie są uważane za jedne z lepszych na świecie, zarówno pod względem estetycznym jak i konstrukcyjnym. W olbrzymiej większości wykonane z drewna, ciepłe, świetnie zakonserwowane, głównie malowane z zewnątrz w trzech narodowych kolorach: białe, ciemno niebieskie lub ciemno czerwone, są nieodłącznym elementem norweskiego landshaftu. Z dużymi oknami, pozbawionymi firanek, z licznymi lampkami, świecami, kinkietami (bardzo często nie mają światła górnego) stanowią pewnego rodzaju ostoję prywatności i  przytulną przystań wśród srogiej, norweskiej przyrody. Być może właśnie poprzez tę przyrodę oraz pogodę dom jest tutaj prawdziwym centrum świata? Powszechne jest tłumaczenie, że w Norwegii są tylko dwie pory roku "hvit winter eller grønn winter", czyli biała lub zielona zima. Zależy to oczywiście od regionu, ale w uproszczeniu faktycznie tak to wygląda. Nawet w czasie lata słońce jest na tyle wysoko, że nie pozwala wygrzewać się w swoich promieniach. Norwegowie wypracowali sposoby radzenia sobie z kapryśną aurą. Po prostu nie pozostaje nic innego jak się przystosować. Jeśli pada oznacza to, że trzeba założyć kurtkę od deszczu i kalosze, a na mróz kurtkę puchową i śniegowce. Sklepy sportowe są świetnie wyposażone, a obserwując niedzielne spacery Norwegów wzdłuż jeziora Mjøsa mam czasem wrażenie, że właśnie testują sprzęt przed atakiem szczytowym na Mont Everst.

poniedziałek

Korzeń bambusa

Zrobiło się i jest już rozlane do butelek. 20 litrów białego wina, które mają specjalne etykietki "First wine, Hammersborg 6, made with time". Odkryliśmy, że ukrywa w sobie specjalny posmak korzeni bambusa, ale świadomość tego dociera do pijącego dopiero po pierwszej szklance. Posiadanie alkoholu domowego wyrobu to w Norwegii luksus, nie tylko ze względu na jego oryginalne walory smakowe, ale też z prozaicznej przyczyny - alkohol w Norwegii jest bardzo drogi. Sprzedaż jest limitowana. Działają specjalne sklepy wyłącznie z alkoholem zwane "vinomonopolet". Jedynie piwo można kupić w tradycyjnych supermarketach, ale też tylko do soboty wieczór. Za to sprzęt do produkcji domowego wina lub piwa jest łatwo dostępny podobnie jak produkty do jego wyrobu. Różne rodzaje drożdży, wsadów owocowych pozwalają eksperymentować. Co samo w sobie, w Norwegii, jest zjawiskiem unikatowym. Brakuje małych sklepików tak dobrze znanych nam ze środkowej  czy wschodniej Europy. Tutaj mamy tylko kilka sieci supermarketów, które i tak w olbrzymiej ilości sprzedają dokładnie te same produkty. Zatem bez różnicy czy odwiedzimy Kiwi, Rimini czy Remę 1000 i tak znajdziemy tam to samo masło i mleko. Dlatego też, duża liczba Norwegów podróżuje na zakupy do sąsiedniej Szwecji - taniej i wreszcie wzrok może zostać wyrwany z transu tych samych etykiet. Supermarkety w Norwegii to chyba jedne z najsmutniejszych miejsc w tym kraju. Czas jest tutaj zamrożony, stoi w miejscu, od miesięcy te same towary, na tych samych miejscach i pozbawiona pośpiechu pustka. Praktycznie nie ma kolejek. Miejsca jakby wyjęte z poza strumienia czasu. Zawsze robiąc zakupy mam poczucie, że pomiędzy półkami spotkam siebie sprzed tygodnia, dlatego staram się robić je bardzo szybko. Często jako jedyna z kupujących.

środa

Popielatość


Konkretyzacja
Wydłużył się czas jej trwania, ale najwyższy czas się zdefiniować. Norwegia, Oslo, Lillehammer, Hamar, jestem na końcu tego łańcuszka zrozumiałych dla przeciętnego Polaka konotacji norweskich. Hamar to 30 tysięczne miasto położone nad największym w Norwegii jeziorem Mjøsa, 120 km od Oslo na północ, miasto które jest często na szlaku wypraw w norweskie góry Rondane lub Jotunheimen, stolica regionu Hedmark. Całość miasta ma dość zabawną strukturę, bo odbija się od brzegu jeziora i pnie w górę. Jeśli będąc nad Mjøsa zapytamy przeciętną grupę przechodniów, gdzie mieszkają, 95% odpowie "na górze". Mamy dwa główne place, dwie równoległe główne ulice, kino, bibliotekę, teatr, muzeum całego regionu Hedmark Museet z Domkirkeodden czyli ruinami starego kościoła z XII wieku pokrytymi szklaną konstrukcją zapewniającą świetną akustykę dla odbywających się wewnątrz koncertów, muzeum sztuki współczesnej Kunstbanken oraz Voksenopplæringen for innvandrere, czyli szkołę norweskiego dla obcokrajowców. Ja mieszkam nieopodal, 5 minut do szkoły, oczywiście w dół.

Nowe barwy
Jestem tam trzy razy w tygodniu, po kilka godzin dziennie. Grupa liczy około 20 osób z różnych stron świata: Etiopia, Sudan, Peru, Rumunia, Nepal, Filipiny, Tajlandia, Ukraina, Polska, Niemcy, Turcja, Irak, Afganistan. Jest naprawdę różnorodnie i kolorowo, a wspólnym językiem, poza docelowym norweskim, jest oczywiście angielski. Różne poczucie humoru, różne sposoby zachowania, nakrycia głowy, kolory skóry. Nawet postawy ciała przy siedzeniu w ławkach są różne. Zazwyczaj osoby z Afryki świetnie zorganizowane, siedzące w postawie oczekującej, stopy razem, łopatki spięte, a na kolanach... wiszący plecak. Może dla balansu? A my europejczycy rozlewamy się po krzesłach, szukając wygodnej pozycji, która i tak jest niemożliwa do osiągnięcia.
Wszyscy pytają mnie, jak tu jest, że zapewne strasznie zimno i porównywalnie strasznie ciemno. Oczywiście, jest chłód, bo nie dość że Norwegia (brrrr...), to jeszcze okolice Hamar, są na tyle specyficzne, że faktycznie jest tutaj mikroklimat zimna. Śniegu na razie brak, choć liście już dawno przeszły z etapu zieloności przez czerwień do żółknięcia. Co więcej prawie już znikły utopione w ściółce. W oczekiwaniu na pierwszy śnieg robi się szarawo-popielato.